Jak powstaje zabawa

Ja i mój cień, stajemy na środku piaszczysto – gliniastej powierzchni ziemi. Kilka metrów dalej dwoje dzieci polewa się wodą, czworo leniwie buja na huśtawce.

Pozostali ukryli się w drewnianym domku oczekując godziny 16:00, która niosła ze sobą przyjazd rodziców. Zdjęłam koszulkę zostawiając na sobie strój kąpielowy, założyłam kraciastą chustę na głowę, wygrzebałam z piasku plastikową łopatę i zaczęłam kopać. Była godzina 11:00 pot chłodził nagrzane ciało, skwierczące się na 30sto upale. Plastikowa łopata współpracowała ze mną tak jak za czasów mojego dzieciństwa, lekko wchodziła w zbitą, chyba nigdy nie przekopywaną ziemię. Samodzielnie wojowałam przez 10 minut, po czym podbiegali do mnie z odsieczą, wcześniej niewidzialni pomocnicy.
-„Ciociu, co robisz”? Pytali zatrwożeni koloniści
-„Kopię dołek”. Odpowiedziałam, w pół zgarbiona, mając moje oczy na wysokości ich oczu, wycierając pot i piasek z czoła.
-„A czy mogę nalać do tego dołka wodę? Może zrobimy z niego basen na ten upalny dzień”? Z entuzjazmem odpowiedziała grupa wsparcia. Kopaliśmy więc trochę łopatami, trochę rękoma a jak mieliśmy więcej szczęścia to wiaderkami. Usypywaliśmy piasek na jedno miejsce formując z niego duży jeszcze nie zagospodarowany kopczyk. Podniosłam głowę a grupa wsparcia zaczęła się stopniowo powiększać. Gotowi do pracy, z łopatą, wodą i w strojach kąpielowych. No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak oficjalnie rozpocząć zabawę:
„Budujemy błotne Termy na Lisówku!” – krzyknęłam triumfalnie, a wszyscy ochoczo wzięli się do pracy. Teren term stopniowo się powiększał. Powstał basen, który wymagał stałej opieki Mai. Nieopodal powstała błotna sadzawka, której atrakcyjność podnieśliśmy dodając plastikową zjeżdżalnie, wcześniej przez nikogo nie używaną. Okazało się, że błotna sadzawka wymaga jednak odrębnego patentu,
strażnikiem błota mianowała się Basia. Podbiegały kolejne osoby, które podsyłały mi co rusz to nowe pomysły i przekładali je samodzielnie na piasek. Kopiec, który wydawał mi się mało atrakcyjnym punktem przerodził się w łóżko do masażu błotnego z alg morskich. Amelia i Helena atrakcyjnością proponowanych usług, zwabiły samych budowniczych term. Ale termy na Lisówku to nadzwyczajne miejsce, ponieważ oprócz relaksu w błocie, można było spojrzeć na humorystyczne skecze Antoniego i Alka, którzy zabawiali zgromadzonych. Dla wytrwałych, powstał masaż z szyszek. Na początku myślałam, że trzeba się po nich przejść i z bólem na twarzy zeszłam w połowie, ale Paulina i Maja2
wyjaśniły mi, jak niesfornemu dziecku, jak prawidłowo powinno się korzystać z ich atrakcji. To nie wszystko. Termy się budują, ale w końcu potrzebujemy też ogłosić wszem i wobec, że termy na Lisówku dostępne są dla wszystkich, nawet tych, którym błoto nie leżało jeszcze na twarzy. Dział marketingu w składzie Zosia i Paulina wyprodukował plakaty i zaproszenia. Mery i Iwonka zajęły się nawadnianiem klientów lemoniadą oraz suszeniem ich kieszeni z szyszek. Znalezienie 5 szyszek to trud, który wszystkim się opłacił, w końcu klienci mogli się cieszyć dostatkiem na termach przez cały dzień! A była już godzina 13:30…

krzyknęłam triumfalnie, a wszyscy ochoczo wzięli się do pracy. Teren term stopniowo się powiększał. Powstał basen, który wymagał stałej opieki Mai. Nieopodal powstała błotna sadzawka, której atrakcyjność podnieśliśmy dodając plastikową zjeżdżalnie, wcześniej przez nikogo nie używaną. Okazało się, że błotna sadzawka wymaga jednak odrębnego patentu,
strażnikiem błota mianowała się Basia. Podbiegały kolejne osoby, które podsyłały mi co rusz to nowe pomysły i przekładali je samodzielnie na piasek. Kopiec, który wydawał mi się mało atrakcyjnym punktem przerodził się w łóżko do masażu błotnego z alg morskich. Amelia i Helena atrakcyjnością proponowanych usług, zwabiły samych budowniczych term. Ale termy na Lisówku to nadzwyczajne miejsce, ponieważ oprócz relaksu w błocie, można było spojrzeć na humorystyczne skecze Antoniego i Alka, którzy zabawiali zgromadzonych. Dla wytrwałych, powstał masaż z szyszek. Na początku myślałam, że trzeba się po nich przejść i z bólem na twarzy zeszłam w połowie, ale Paulina i Maja2
wyjaśniły mi, jak niesfornemu dziecku, jak prawidłowo powinno się korzystać z ich atrakcji. To nie wszystko. Termy się budują, ale w końcu potrzebujemy też ogłosić wszem i wobec, że termy na Lisówku dostępne są dla wszystkich, nawet tych, którym błoto nie leżało jeszcze na twarzy. Dział marketingu w składzie Zosia i Paulina wyprodukował plakaty i zaproszenia. Mery i Iwonka zajęły się nawadnianiem klientów lemoniadą oraz suszeniem ich kieszeni z szyszek. Znalezienie 5 szyszek to trud, który wszystkim się opłacił, w końcu klienci mogli się cieszyć dostatkiem na termach przez cały dzień! A była już godzina 13:30…


Ostatnią atrakcją było mycie po skorzystaniu z błotnych term. Tym przyjemnym działem zajęłam się osobiście. W końcu to jedyna posada z wolnym etatem, choć i o nią musiałam walczyłam z Filipem, który podczas budowania term był gapiem a w następnych dniach zabawy w termach, częstym bywalcem. Takim sposobem dzieci mianowały mnie Dyrektorem Term, miałam rzecz jasna kilku wice dyrektorów i całą masę kierowników, którymi mianowali się sami. A zaczęło się tak niewinnie.


„Chciałbym robić coś wielkiego i wspaniałego ale muszę robić rzeczy małe, jakby były wielkie i wspaniałe” A. Einstein.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *